geneza
Kiedyś Robert podesłał mi linka do strony kolesi, którzy chodzą między bokami trójkąta zwanego wielkim szlemem. Wierzchołkami tego trójkąta są Ślęża, Śnieżnik i Śnieżka. Postanowiliśmy przejść jeden z jego boków - Śnieżnik - Ślęża. Autorzy przejść zaczynali wyprawę ze Śnieżnika o godz. 6, latem w sobotę i dochodzili na Ślężę w niedziele wieczorem. Postanowiliśmy spróbować.....
Niestety nie ma zdjęć, bo nie mam małego aparatu. Jak sobie pomyślę,że miałbym taszczyć moją krowę (Minolta Dynax 5D), to mi się źle robi
prolog
Czwartek - musze pomyć stertę naczyń, bo współlokatorzy brzęczą. Ponieważ czekam na telefon zakładam zestaw słuchawkowy i zaczynam mycie garów. Gdzieś po 1/3 dzwoni Robercik.
-Ej jak jutro uda mi się kupić śpiwór to go biorę
-Ja co najwyżej biorę moją letnią szmatkę
-Trzeba coś wziąć żeby się przespać
Ustalanie tego, co mamy wziąć trwa około godzinę, dochodzimy do consensusu, jedziemy ze śpiworami, palnikiem, i minimum ciuchów - polarek, windstopper, membrana. Plan jest taki że dojeżdżamy PKP do Bystrzycy Kłodzkiej, potem 30km autobusem do Międzygórza. Mamy godzinę na dojście do schroniska na Śnieżniku. Pewnie damy radę zrobić trasę przewidzianą na 2h w takim właśnie czasie, zanim zamkną nam schronisko.
Piątek, dzień wyjazdu, jeszcze tylko praca, wyżulenie od Ani, albo Surowca czołówki bo moja krowiasta czołówka się na taki trekking nie nadaje, zakupy, odebranie kanapek od Ani i jazda. Ostatnia koordynacja przez telefon:
-Ej, królik ty na 100% bierzesz śpiwór
-No biore go bo ty powiedziałeś że bierzesz, no przecież nie będę się wypizgiwał jak ty będziesz spokojnie spał.
-Aleś mi dosrał, to co....?? wyjebka???
-no..... - spiwór z plecaka ląduje na podłodze
-weźmy tylko płachty i po karrimacie
wyjazd
Biegnę na pociąg, spotykam Robcia przy wielkiej kolejce do kas, jeeezu czy tych ludzi posrało, ni to długi weekend, ni to święta. Robert:
Wiesz co, twój plecak ma strasznie chujowy system nośny, wbija mi się w lędźwia.
Pociąg wygląda tragicznie. Jest problem żeby się wcisnąć w jakiekolwiek wejście. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Do kłodzka jedziemy w ścisku, to już nawet nie kamasutra, nie wiem jak to nazwać. Ludzie śmierdzą, spocone cielska się o siebie ocierają, jacyś idioci palą fajki w sraczu, Jezu, porażka. Żeby tak mieć Remingtona 700 to by tak chłopcom ze sracza się dużo przyjemniej uwagę zwracało, zdecydowanie bardziej werbalnie :) Oczywiście pociąg wyjeżdża 40 minut później niż powinien. Należy zaznaczyć że mamy tylko 30 minutowy bufor na miejscu, żeby chwycić autobus. Siadamy na tyłkach dopiero w Kłodzku, wcześniej ćwiczyliśmy przeróżne wygibasy na stojąco. Na 20 minut przed dojazdem na miejsce już wiemy, że właśnie uciekł nam autobus. Wyciągamy mapę i planujemy gdzie wyskoczyć żeby zminimalizować czas deptania na śnieżnik. Niektórzy ludzie proponują nam wycieczkę asfaltem. Nie wykazują się zbyt wielkim zrozumieniem kiedy mówimy że my asfaltem niet…., bo nudno.
początek drogi właściwej
Mamy tylko 50 minut spóźnienia, gdy dojeżdżamy na miejsce. Jest 20:30 gdy jesteśmy w Długopolu (Bystrzycę olaliśmy bo i tak nie mamy już z niej transportu). Mamy 20 km na Śnieżnik i za 30 min zamykają nam schronisko, jest spora szansa że się nie wyrobimy :) Postanawiamy podróż rozpocząć już teraz. Gdzieś wewnątrz nas tli się jeszcze nadzieja, że się prześpimy w schronisku. Nawet dzwonię do właściciela i mówię my że się spóźnimy. Dowiaduję się że on czeka na jakąś sporą grupę z Wrocławia. Jednak, kiedy po godzinie widzimy gdzie jesteśmy dochodzimy do wniosku że ten miły Pan nie będzie czekał na nas do drugiej w nocy. Poszukiwania miejsca gdzie możemy uzupełnić (a w zasadzie utworzyć) zapasy wody. Nie mamy wody, bo po cholerę miałem robić herbatę do termosu czy taszczyć hektolitry wody skoro mieliśmy spać w schronisku. Oczywiście na dworcu PKP w Długopolu sracze ktoś zamurował a w hallu jakiś niezastąpiony pracownik PKP zrobił sobie mieszkanie. Przez okno wygląda ono tak że nie śmiemy pukać bo któryś z nas mógłby zarobić taboretem w pysk. Taka mała, patologiczna rodzinka :D.
droga właściwa
Po wyjściu z pociągu nażarliśmy się kanapek przywiezionych z domu i wyruszyliśmy. Chcieliśmy zdążyć przejść przez łąki jeszcze przed zmrokiem. Oczywiście się nam nie udało. Zmrok zastał nas akurat przy wychodzeniu na otwartą, porośniętą tylko trawą przestrzeń. W ruch poszły czołówki. Nowo-zakupiony Myo xp petzla zacnie oświetlał drogę przede mną, do czasu aż Robciu nie odpalił swojego Black Diamonda Icon. Trzeba przyznać że 70 m zasięgu rozkłada mojego Petzla na łopatki. Obaj jesteśmy zadowoleni więc jeszcze przez jakiś czas leziemy z bananami ma mordach. Nawet udało nam się nie popieprzyć drogi podczas przechodzenia przez łąki. No dobra kilka razy dawaliśmy na intuicje i okazało się że nie tylko płeć piękna takową posiada. Ha!!
Gwiazdy, w takiej odległości od oświetlonych miast po prostu kłują w oczy. W sumie dobrze, że w mieście nie widzimy takiego nieba. Dzięki takim szczegółom każdy taki nasz wyjazd to takie małe święto.
Raz miałem przyjemność skąpać się w głębokiej, niewidocznej kałuży. Na szczęście nie nalałem wody od góry a skóra nie puściła. Mówię skóra, bo gore w moich butach już dawno przestało działać. Od Długopola idziemy czerwonym i jeszcze trochę nim pochodzimy.
Mijamy kilka wiosek. W miastach są przedmieścia, nie wiem jak się nazywa przedsionek wioski ale za każdym razem kiedy w nim jesteśmy modlimy się żeby te świecące oczy psów ujadających przez płoty z cherlawych sztachet nie znalazły gdzieś ujścia. Robert ma w ręku gaz, ale czy w razie czego on podziała, pewności nie mamy. Mamy jeszcze gwizdek , ale to raczej na zbyt ambitne zwierzaki leśne. Trzeba przyznać że te porozpieprzane wiejskie chałupy w 100% ciemności nie robią sielankowego wrażenia. Taką przytłaczającą wioską jest Wilkanów. Ciekawe jak Mikołaj Rej by je opisał.
W bólach i jękach dochodzimy do schroniska na iglicznej. Jest dokładnie 24. Okazuje się, że schron jest otwarty, baaa jest tam kameralna impreza klasycznych trekkersów. Chwilę łamiemy się czy nie pójść spać w tym schronie, czy iść dalej.
Idziemy dalej, ale już nie przez śnieżnik i czarną górę. Je ominiemy bokiem.
W schronie zostajemy powitani z otwartymi rękami. Dostajemy kiełbachę i gorącą herbatę. Wyglądamy nieco dziwnie w rękawiczkach i czapkach i latarkach przytwierdzonych do łbów, w środku wiosennej nocy.Zapada decyzja że zjemy, zamówimy herbatę do termosu a potem idziemy.Ceny fantastyczne (kielbasa 6zl, herbata 1.5, woda 0.5l – 1.3zl itd.) klimat także. Kobieta, kiedy wychodzimy w noc prosi nas o podanie dalszej drogi, bo tak każą przepisy.
No... na Sleze idziemy
yyyyyy a to chyba nie tu
Herbata dodaje nam siły i zapału. Pilismy jeszcze kilka innych rzeczy. Jak się okaże przez następne 4 h będzie nam się szło wyśmienicie, zupełnie inaczej niż do schroniska. Nie wiem czy to dzięki herbacie czy dzięki pogodzeniu się z faktem że wycieczkę rozpoczęliśmy 12 h wcześniej, i tym że zamiast iść dzień, noc i dzień, będziemy szli przez dwie noce, i pewnie jeszcze kawałek dnia, co będzie wynikiem niespania przez dwie noce.
Od schroniska poruszamy się zielonym szlakiem, idzie się nam całkiem nieźle. Jakiś kilometr od Przełęczy Puchaczówka, Robert zauważa że zaczynają go piec odciski. Przypominam sobie o istnieniu zasypki w moim plecaku. Robimy mały przystanek na pudrowanie stóp. Pewnie wyglądamy dość surrealistycznie - dwóch kolesi w środku lasu z czołówkami siedzi i ogląda swoje stopy, jak małe dzieci zabawki w piaskownicy – my pokazujemy sobie odciski. W ogóle dziwna sprawa, z tymi odciskami bo nigdy w życiu nie miałem odciska. Nawet na Krymie, a tu proszę trzy na raz. Super sprawa. Zasypujemy, wietrzymy i ruszamy. Dzięki ci Panie za czołówki. Koło przełęczy zaliczamy małe motanie się ze znalezieniem szlaku. Kilka razy na krótkim odcinku przecina się on z asfaltowa drogą, stąd małe zamieszanie. Zauważamy wypaśną kapliczkę, małą wybudowaną przez kogoś, komu naprawdę zależało. Rozprawiamy o religii o życiu, nie zaskakuje nas za bardzo to że mamy podobne podejście do wielu spraw. Z resztą gdybyśmy tak bardzo się różnili w podejściu to pewnie już dawno byśmy się pozabijali, podczas tej wycieczki.
Idziemy szlakami czerwonym i zielonym przez Wilczyniec. Oczywiście po drodze pieprzymy drogę. Na szczęście pomyślnie pozycjonujemy się na mapie i dochodzimy do wniosku że nie ma sensu się wracać. Za chwilę spotkamy się znów ze szlakiem. Pomijam kwestię tego że trzeba być kompletnymi dupami, żeby ze szlaku, który idzie prosto odbić 90 stopni w lewo, ale co tam zwalamy to na zmęczenie. W ten sposób dochodzimy do Przełęczy pod Chłopkiem. Idziemy ubitą drogą. W Kątach Bystrzyckich robimy postój w wiacie przystanku pijemy herbatkę paszujemy batony i kabanosy, kanapki (Potworze – dzięki za fantastyczne buły) dajemy stopom odpocząć. Wstajemy mocno zmarznięci. Po postoju trzeba zdjąć z siebie wszystkie ciuchy i iść w tych do chodzenia. Zawsze jest to bolesny moment, owocujący kilkuminutowym dygotem. Robert po raz setny:
Zaj**ie tego idiotę co projektował system nośny w twoim plecaku
Ja nigdy nie mówiłem że on jest w porzo. Jack Wolfskin to porażka nawet dzieci to wiedzą.
Tu należy zaznaczyć że idzie on z pożyczonym ode mnie plecakiem, bo skalnik dał dupy i nie sprowadził mu jego nowego zakupu
Za Kątami będziemy kluczyć między domkami kempingowymi w poszukiwaniu szlaku. Dochodzimy do przełęczy Farma Lgota. Przez kilka następnych kilometrów będziemy szli asfaltem. Są okolice godziny trzeciej. Dopada mnie kryzys związany z brakiem snu. Temperatura - kilka stopni poniżej a ja myuślę jakby tutaj się zdrzemnąć. Idę tym cholernym asfaltem, zostawiam ślad w kształcie sinusoidy o bardzo dużym okresie i amplitudzie, szerokości drogi. Dwie sekundy idę z zamkniętymi oczami, dwie z otwartymi. Tego się bałem że wykończy mnie na tej wyprawie brak snu. Ze względu na temperaturę i brak śpiworów nie ma opcji spanie. Z resztą gdybym zaczął mówić o spaniu Robert skopał by mi dupę – taki z niego kolega. On idzie prężnie. Męczę się tak do 5:30 bo wtedy zaczyna robić się jasno. Zadziwiające jest to jak szybko przechodzi mi chęć spania. Równolegle ze spaniem zaczął męczyć mnie ból podeszw, nie tych w butach, ale tych w stopach. Jest on dość upierdliwy i nie opuści mnie aż do końca. Dodam tylko że porozwalane i te, właśnie robiące się odciski są niczym w porównaniu z tym nowym uczuciem w podeszwach. W Radochowie wchodzimy na zielony szlak. Z mapy wynika że koło jaskini będzie jakiś quasi kemping. Tam zjemy śniadanie. Do kempingu dochodzimy Koło 6:30. Siadamy, jemy, pudrujemy stopy, sikamy.
Robciu masz kalkulator w telefonie, to dodawaj.
2,1…….3,8……..1,5…….
Ile masz ??
No zgaduj??
No z pięćdziesiąt kilka
Nie, 38
Kurwa, myślałem że przeszliśmy z 50km. Średnia wychodzi nam 4,5km/h ja myślałem że wyciśniemy 6 km/h.
Nic to, dupy z nas i tyle, czy jak to Robert mawia nie tacy z nas FigoFago jak nam się wydawało. Bo raczej szliśmy szybko, przynajmniej tak nam się wydawało. Podczas pierwszego podejścia dopada nas głupawa. Nabijamy się z tego że wszystko nas boli a to dopiero początek. Dwa dziadki po prostu.
O teraz będziemy szli niebieskim o wdzięczniej nazwie Europejski szlak E3. Kilka podejść, normalnie do poziomic powoduje, że nasze oczy stają się odrobinę większe. Robert:
Hm…… europejski szlak…..już widzę moją matkę tu chodzącą :)
Drepczemy tak przez 2-3 h. Na podejściach idzie mi się dobrze. Robert człapie z tyłu, okazuje się że tym razem jego łapie kryzys związany z brakiem snu. Nic dziwnego, on zazwyczaj kładzie się 4-5 h później niż ja więc i kryzys ma przesunięty. Ponieważ znajdujemy niesamowicie uroczą polankę, w okolicy Wilczej Góry, postanawiamy w tych pięknych okolicznościach przyrody przycupnąć i zjeść prawdziwe śniadanie. W promieniach porannego słońca – jest godzina 8 obżeramy się na maxa. Polanka jest przeurocza rzadko porośnięta małymi brzózkami i trawą w postaci kęp. Siedzimy na karimatach.
Robciu, byłeś kiedyś harcerzem?
No, chciałem być jak McGuyver to poszedłem, zobaczyłem bandę dup w mundurkach i doszedłem do wniosku że mam to w dupie. Nigdy nie lubiłem przynależeć do grupy.
Ej, ja też byłem w harcerstwie. Rodzice zapisali mnie do harcerskiego zespołu wokalno tanecznego.... Wyobrażasz to sobie - mnie. Nigdy im tego nie wybaczę.
O ja pieprze...
Robciu wyciąga płachtę, ubiera wszystkie ciuchy i znika. Podczas kiedy ja jem buły zrobione przez Anię – zaczynam słyszeć chrapanie. Robciu – śpi. Ech, no co robić wieszam softshell na gałęzi niech wyschnie bo ma całe mokre plecy. Ładuje się w płachtę i znikam. Budzi mnie wyłażący ze swojej płachty Robert. Spaliśmy godzinę. Dałem dupy że spałem w butach i nawet ich nie rozsznurowałem, ale stopy i tak przestają mnie boleć, kolana także, choć ich ból nie był doskwierający. Pakujemy się i po tej drzemce idzie nam się dużo lepiej. Zastanawiamy się na ile czasu wystarczy nam ta godzinna drzemka. Wchodzimy na Ptasznika, kalibruje wysokościomierz – może się przyda. Dupa, potem ani razu się nie przydał bo nie wchodziliśmy na jakiś wyższy szczyt. Schodzimy bardzo długim quasi-asfaltowym zejściem na Przełęcz Kłodzką. Podczas ostatniego, już 100% asfaltowego odcinka do przełęczy nawiązuję telefomiczny kontakt z Potworem, Matką i innymi. Robert z perspektywy czasu tak to podsumowuje:
Dalej kontynuacja niebieskim szlakiem do Przeleczy Klodzkiej, zaczyna działac Królikowe centrum konferencyjne przez telefon – od rana na przemian telefony i smsy ‘tak; nie; no idziemy sobie; ja pierdole; no przecież mówiłem; kocham cię; to papa; itp., itd.’
Dochodzimy do Przełęczy Kłodzkiej. Ok 20min odpoczynek i paszowanie batonów w budce na przełęczy przy trasie Kłodzko-Złoty stok.
Ruszamy przez pomyłkę czerwonym szlakiem rowerowym, nie wiem jak my to zrobiliśmy tym bardziej że widzieliśmy z pięć oznaczeń szlaku i wydawało nam się że jest to szlak niebieski. Takie danie dupy, później powoduje liczne frustracje i pierwsze nerwy na, jak się okazuje, dłuuuugim dojściu do Barda. Każda ścieżka w dole wydaje się być niebieskim szlakiem, co w rzeczywistości było gówno prawda - niebieski szedł wyżej i po lewej. Całe szczęście że nie poleźliśmy w dół bo zaliczylibyśmy bonusowe 200m podejście W trakcie rozprawiamy nad Jaruzelskim, Wałęsa – generalnie komuna, rumunia (Czaeuczesku) na przemian z próbami zorientowania się na mapie i kolejnymi moimi rozmowami przez telefon. W końcu dochodzimy do Przełęczy Leszczowej. Jesteśmy zdruzgotani czasem naszego przejścia. Nie wiemy jaką odległość przeszliśmy ale ponieważ wpieprzyliśmy się na szlak rowerowy, który zapewne jest przewidziamy dla rodzin z dziećmi, a co za tym idzie bardzo łagodnie nabierający wysokości i dłuuuuugi. Ale nic to znów kanapeczki i kabanosiki oraz wygrzewanie dupsk na słońcu. Widzimy jakichś ludzi. Miło bo od wyjścia nikogo nie spotkaliśmy.
Jak tam poczucie dyskomfortu??
Wiesz co strasznie piecze mnie rów, chyba za bardzo tarłem, ale i tak to dziwne.
Spoko, mi włosy z jaja, obtarły wewnętrzną część nogi i tez mnie piecze.
Aha, no to spoko.
Dalej idziemy już niebieskim, który i tak gubimy w okolicach kalwarii. Zejściem na przełaj dobijamy do żółtego, później zielony a na koniec cholera wie skąd znów niebieski wzdłuż drogi krzyżowej. Widzimy grupkę dzieci z opiekunami wyglądającymi na neonazistów. Jezu kto puszcza dziecko z takimi debilami. Łyse pały, bajówki, glany kurtki flyers i wielkie noże przy pasie, ach gdybym tak miał remingtona 700. Robert jest nieźle wkurzony na nasze notoryczne gubienie szlaku. Narzuca niezłe tempo. W sumie też jestem wkurzony, w końcu leziemy dwa razy dłużej niż planowaliśmy w dodatku ciągle prawie autostradą. Robert:
W trakcie, zejścia do Barda, pamiętam ze usilnie próbuje sobie przypomnieć ile było tych przystanków na drodze krzyżowej.. i nieźle wściekły całą sytuacją coraz szybciej zapierdzielam w dół.
Ja podczas tego zejścia wyleczyłem się ze wszystkich odcisków ; pękły były. W Bardzie szybkie zakupy, poszukiwanie RedBulla i spadamy na łąki za miastem. Jest godz. 18 słońce jeszcze lekko świeci. Mieliśmy zdrzemnąć się w słońcu ale nie będzie nam to dane. Planowaliśmy drzemkę w bardzie o 16. Nic, to. Przed snem idę w chaszcze. Podczas srania znajduję u siebie kleszcza, nie na Wacku drogi czytelniku, ale na ręku – na dłoni miedzy kostkami. Koło plecaków wyrywam go Leathermanem (nazwa multi tool dla tego narzędzia jak najbardziej ma rację bytu). Robert już śpi Wkładam wszystkie ciuchy, włazimy w płachty. Sen… Po godzinie pobudka. Gotujemy żarcie. Do palnika Mara kupiliśmy normalny kartridż, zamiast na niskie temperatury efekt jest taki że gotujemy prawie na świeczce bo temperatura już zdążyła zbliżyć się do zera.
W każdym razie spaghetti Neapoli z kabanosami i tuńczykiem smakuje wyśmienicie. Jeszcze herbatka trzeba zdjąć z siebie wszystkie ciuchy, potelepać się i iść. W oddali słyszymy że miejscowi zrobili sobie niezłą bibę. Idziemy bez światła bo nie chcemy wzbudzać ciekawości miejscowych. Ponieważ jeździliśmy tu na rowerach, ja z chłopakami, Robert z bratem – możemy iść na pamięć. Lekko gubimy szlak ale go odnajdujemy. Po wejściu do lasu włączamy światło i idziemy do Srebrnej Góry. Komuś z PTTK należy urwać jaja za tak gówniane oznaczenie szlaku. Gdyby nie to że pamiętamy szlak byśmy chyba się pocięli. Tam gdzie jest rozdroże nie ma oznaczenia skrętu, a tam gdzie droga oczywiście skręca jest to oznaczone. Paranoja!!!! Dzięki ci boże za duży zasięg czołówek.
Gdzieś po drodze podziwiamy wielkie drzewa wyrastające z quasi wąwozu. Wszystkie inne są połamane przez wiatr. Te, które przykuły naszą uwagę mają jakieś 20-30 m i tylko cherlawą koronę na górze. Wyglądają jak wielkie wykałaczki. Opadają nam szczeny. Oczywiście tu znów robimy czołówkowy competition, oświetlając pobliską skarpę.
Idąc wyczekujemy na szczyt, który zakończy się zejściem na przełęczy Wilczej – tam planujemy zrobić popas. Oznakowanie Bardzkie. W końcu trafiamy na ostre zejście. Stawy ostro protestują. Robi się coraz milej, pod tym względem, i tak już pozostanie. Jezu ile trwa to zejście rowerem robiłem je z 30 sek. Masakra. W końcu jest buda na przełęczy. Zakładam polar od Faby (dzięki Faba, jest zajebisty), i kurtkę. Jemy batony i popijamy herbatą. Wylewam niechcący jeden kubek, normalnie miałbym to w dupie, ale przed nami cała noc i jest już poniżej zera. Ruszamy jest mi tak zimno że idę we wszystkich ciuchach, wyczekując na jakieś podejście.
Robert po założeniu plecaka:
Czy mówiłem ci że w twoim plecaku jest chujowy system nośny ?
W końcu jest, po parędziesięciu metrach mogę się rozebrać. Przejście przez strumyczek nie jest takie banalne bo tak mnie bolą kolana że mam problemy ze skakaniem. O 2 jesteśmy w Srebrnej Górze. Dziwnie tu ciepło. Mały popas i idziemy dalej. Widzimy drogowskaz pokazuje 2,5 h do miejsca, według którego według mapy powinniśmy iść co najmniej 5. Nic to, trzeba iść. Po drodze zdajemy sobie sprawę z tego że idziemy szlakiem rowerowym i że ten czas mógł być podany dla rowerzystów. To nas przybija. Tym bardziej że Robert przypomina sobie pewne szczegóły trasy, kiedy jechał tu rowerem i wychodzi na to że jesteśmy w przysłowiowym polu.
Dochodzi trzecia i znów dopada mnie kryzys związany z brakiem snu. Otwieram RedBulla, kupiłem go bo bałem się że drugiej nocy kryzys może być gorszy. Po pół godzinie od wypicia nie czuję się lepiej. Po godzinie już nie chce mi się spać. Nie wiem czy to RedBull czy po prostu kryzys minął. Robert też przestał się odzywać, ustawił tryb AUTO i idziemy w milczeniu. Niebieski robi się nieźle zasyfiony. Miała tu miejsce ścinka drzew. Pełno tez zrytych śladów targania pni traktorami. Idzie się momentami kijowo – jest nierówno, światło czołówki spłaszcza fakturę więc nie widzimy nierówności. Łatwo się potknąć a wtedy mam ochotę zdechnąć z bólu przez moje pieprzone kolana, zwłaszcza lewe. Robimy mały postój, bandażujemy kolana (Lasowy – dzięki za apteczkę) orientujemy się na mapie i okazuje się że idziemy szybciej niż na drogowskazie. To powoduje powstanie głupawych uśmiechów na naszych zarośniętych mordach. Po bandażowaniu kolan jest lepiej. Następnym razem kupię opaski. Robertowi też zaczynają siadać stawy więc robi mi się raźniej.
4:45 jesteśmy na przełęczy woliborskiej. Robert studiuje mapy ja przysypiam z czołem opartym o termos. Wiem że z tymi kolanami nie dojdę za szybko na Ślężę. Jeżeli dojdę to koło 20-22. W domowym łóżku będę o 24. W 7 h nie odeśpie tak żeby być wydajnym w pracy. Dla mnie podróż zakończy się koło Dzierżoniowa. Robert chce iść odebrać samochód do Sobótki.
5:10 Ruszamy. Uderzamy niebieskim w dol (asfaltem). Po zejsciu z asfaltu wszystko się zmienia: Doznania Roberta
Mój staw skokowy w prawej nodze mowi ‘chyba cię stary posrało – czas do domu’ i już wiem ze mam pozamiatane. Boje się tez o kolano, bo nie chce mieć przez nie kilkutygodniowej przerwy w bieganiu (nie mowiac o wspinie).
Podobno jestem wkurwiony, ale bardziej pamietam to jako zastanawianie się w myslach co się do k***y nędzy stało – przeciez biegam regularnie od ponad 4 miesiecy, napieram cwiczenia na kolana, rower, wspin, mam dopiero 25lat – dlaczego padly mi stawy. No nic – trzeba przelknac gorzka lekcje, jeszcze jestemy leszczami :)
Mnie akurat stawy bolą na asfalcie a nie na trawiastych drogach, ale na zejściach jęczymy tak samo.
Boimy się wejścia na Wielką Sowę a jeszcze bardziej zejścia. Na tym etapie nie odczuwamy jakiegoś strasznego zmęczenia fizycznego, nie mieliśmy zadyszki na podejściach. Ale obaj jęczeliśmy na zejściach. Odbijamy w kierunku Bielawy. W Jodłowniku jestemy o 07.05 – 20min do autobusu do Dzierzoniowa. Robert wyciąga milka lilla stars które mialy być nagroda za dojscie do celu w Sobótce. Są smaczne. Dwie upadają na ziemię na przystanku. Leżą w piasku. Ja patrzę się na Roberta i mówię że nigdy mi nie przeszkadzało żarcie z ziemi. Jemu też ;) zjedliśmy po jednym z ziemi. Nagle Robertowi rozsypuje się cała paczka. Siedzimy tak przez kilkanaście minut i wpieprzamy draże z piasku. Nic nam nie przeszkadza. Pewnie wyglądamy zajebiście. Dwóch kolesi wyszło z lasu, kiedy cała wiocha jeszcze śpi siedzą na ziemi i wydłubują coś z piasku a potem zjadają. Za 10 minut mamy autobus do Dzierżoniowa, a stamtąd do Wrocławia.
epilog
Nasza podróż kończy się o 7:25, 22 kwietnia w Jodłowniku koło Bielawy. Zaczęła się 20 kwietnia o 20:30. Szliśmy cały czas z dwoma, godzinnymi drzemkami. Robert:
Jazda autobusem to nieustanna walka ze zmeczniem, widze ze ty spisz, dlatego staram się kontrolować stacje za szyba. Wkrótce i ja padam. Budzę się jakieś 7 sekund przed przystankiem na którym mamy wysiadać, rozglądam i widzę dworzec pks. Szybka pobudka Królika i wypad na ulice Dzierżoniowa. Na dworcu okazuje się ze nie ma połączenia z Sobótka, dlatego odpuszczam sobie i jadę z tobą do wrocka. Całą drogę na przemian zasypiam i się budzę. Wysiadam na końcu Bielan wrocławskich i jestem zajebiście zaskoczony jak mnie wszystko napieprza – jak ja chciałem dojść na Ślęże w takim stanie???
We Wrocławiu okazuje się że nie mam kluczy od domu. Muszę jechać do Ani do domu. Wsiadam w autobus i przez 2 h jadę do Jaźwin pod Trzebnicą. Ania wychodzi mi na spotkanie bo coś dziwnie wolno idę z przystanku. Fajnie dostanę normalny obiad, wykąpię się :) O 15 wracam do Wrocławia zasypiam około 19.
podsumowanie
Nawet taki śpioch jak ja spokojnie radzi sobie z brakiem snu przez dwie doby.
Przydały by się kijki trekkingowi może kolana nie dostały by tak w dupe. Mnie bolał by tez odcinek piersiowy kręgosłupa.
Trzeba następnym razem rozważyć opaski na kolana.
Robciu – dzięki za zarypisty wypad. Bagaż emocji jest na kilkadziesiąt stron opowiadania. Ale Ty, drogi czytelniku chyba byś tego nie wytrzymał